Różowe baloniki, tort wyglądający jak pieluszka i stosy słodkich prezentów. To wszystko musi być na baby shower, czyli przedurodzinowym przyjęciu.
Angielska nazwa tego przyjęcia-zwyczaju mówi sama za siebie – chodzi o zalewanie przyszłej mamy (shower po angielsku znaczy prysznic) strumieniami prezentów i miłością. Ten zwyczaj ma długą tradycję, sięga XVIII wieku, kiedy to panie spotykały się na popołudniowej herbatce, żeby obdarować przyjaciółkę, spodziewającą się dziecka, osobiście wykonanymi drobiazgami dla jej maluszka.
Mała sala w przytulnej kawiarni została udekorowana balonikami i wiszącymi tu i ówdzie smoczkami na wstążkach. Aneta Mazurek za dwa miesiące zostanie mamą. Siedzi przy stoliku otoczona koleżankami. Podjadają ciasteczka i owoce. Wokół nich piętrzą się prezenty – wszystkie dla mającego się narodzić bobasa. Wiadomo, że urodzi się dziewczynka, więc wśród ozdobnych papierów leżą maleńkie różowe skarpeteczki, falbaniasta sukieneczka i gryzaczki w kształcie zwierzątek. Dziewczyny plotkują i żartują. Za chwilę na stole pojawi się przedurodzinowy tort. Obowiązkowy na każdym baby shower – przyjęciu, które ma szansę stać się alternatywą dla tradycyjnego polskiego „pępkowego”. Tyle że zamiast mężczyzn świętują panie i to jeszcze przed narodzinami dziecka. Najlepszy czas na zorganizowanie baby shower to siódmy albo ósmy miesiąc ciąży. Polki chętnie podchwyciły ten popularny za granicą zwyczaj, nawet wymyśliły mu swojsko brzmiącą nazwę: „bociankowe”.




